W nieznanym. Granią. Ze szczytu do łóżka. Aiguille du Belvédère (2965m) 02.09.2021

 

    Kiedyś upatrzyłem sobie pewien szczyt. Znajduje się on w masywie Aiguilles des Rouges. Nie jest raczej zbyt często odwiedzany, ponieważ nie prowadzą tam standardowe, wydeptane ścieżki. I dobrze. Lubię takie właśnie. Co prawda do pewnej wysokości, można skorzystać z kolejki, a nawet dwóch, więc wyjechałem z 1000 na powyżej 2000m. Dalej już wspinaczka w dość specyficznym terenie tzn. Po kamieniach, głazach, po polu zaległego śniegu, oraz granią. Wybrałem się tam we wrześniu. Drugiego. W 2021r. Warunki były idealne. Nie za ciepło, nie za zimno. Słońce w pełni.

    Po minięciu jednego z najładniejszych, ale i najbardziej zaludnionych miejsc tj. jezioro Lac Blanc 2352m zaczęła się prawdziwa zabawa. Nie byłem tam wcześniej, więc trzeba było włączyć wewnętrzny fokus. Teren był dosyć jednostajny, kamienisty, intuicyjny, co jakiś czas pojawiały się tylko małe kopczyki, więc i tak minęło trochę czasu zanim doszedłem do grani. I takie tereny lubię. Wymagające uwagi. Poszedłem sam, więc tego typu akcje są dla mnie też w pewnym stopniu ryzykowne, ale właśnie taka granica ryzyka mi odpowiada. Ostre głazy, w nieznanym, i tzw lufa. Widoki były bardzo dobre. Na drodze istnieje pewien punkt „problem” w postaci 12m ściany skalnej. Miałem ze sobą trochę szpeju, ale udało się wejść w sumie na luzie. Zostało około 200m w górę. Klimat bardzo mi się podobał. Cisza, lekki wiatr, przepiękne formacje skalne . I ja sam. Kilka minut przed 15 wszedłem na Aiguille du Belveder. 2965m

    Wiadomo –  fajne emocje, zdjęcia, widoki, jedzenie, picie i takie tam. Po chwili też zauważyłem że można wyjść nieco wyżej, ponieważ szczyt, mimo że płaski, to składa się właśnie z przed wierzchołka i małego wzniesienia, po prawej – no to wszedłem. Także byłaby nieświadoma sytuacja, no ale wtedy zyskałem pewność, że wyżej w tym masywie się już nie da. Aiguille Belveder to po prostu najwyższy jego szczyt. Nie jest to na pewno największy wyczyn w historii gór, ale dla mnie cacy.

     Szkoda było schodzić, bo miejsce nie byle jakie. Ale trzeba było. Myślałem żeby może zdążyć na kolejkę poniżej schronisk, ale jak się później okazało, zabrakło czasu. I w sumie lepiej. W drodze powrotnej granią trzeba było uważać bardziej niż wspinając się. Tyłem nie schodziłem hehe. Natomiast w miejscu „problemu” wykonałem zjazd na linie którą miałem ze sobą. Śmieszna sprawa, bo akurat przy tym manewrze, zawiesiła się kamera gopro, przez słabą baterię. peszek.. No cóż. Tej frajdy nie zobaczysz na filmie.
Spotykałem kozice, szedłem po głazach, był nawet dupozjazd na starym śniegu. Nad jeziorem Lac Blanc nie było już w zasadzie nikogo ( kolejki zabrały wszystkich turystów na dół) był wczesny wieczór, słońce jeszcze ciepło grzało. Chwila postoju, i dalej na dół. Nie spieszyłem się. Wróciłem z samej góry, z najwyżej położonego punktu masywu prawie 3000mnpm, do samego łóżka. Fajnie się złożyło. Całkiem takie uczucie przyjemne.

    Według mnie, eksplorując nieznane tereny samemu, mamy inne doświadczenia i emocje. Obcujemy w zasadzie sam na sam z Naturą. Oczywiście przeżycia z dobrym partnerem, lub w zaufanej ekipie, są również niepowtarzalne, o czym świadczą setki historii górskich. Jednak jest coś specjalnego w solowych wyjściach.

    Uważam też, że mimo zapisanych w kartach historii nazwisk pierwszych zdobywców danej góry, wcale nie oznacza to, że góra jest już odhaczona – „Zdobyta” Jasną sprawą jest to, że pierwsi zdobywcy zasługują na szacunek, oraz że szukanie NIGDY niezdobytych dzikich szczytów jest niesamowite, i ma to cudowny smak eksploracyjny. Ja natomiast mam tu na myśli osobiste wrażenia. Każdy z nas przecież zdobywa w swoim życiu dany szczyt.. ten pierwszy raz.
                                                                                                                                                                                                                                                                                 b.

You cannot copy content of this page